Nie będę ukrywać, że to, że niespecjalnie tu się da stracić na wadze, to nie tylko zasługa faktu, że żyję z romską rodziną, która ma ambicje przekarmienia mojej osoby, ale także tego, że Bałkany to miejsce, gdzie można zjeść najlepsze chyba fast-foody na świecie.
Niemal każdy region świata szczyci się swoimi lokalnymi wyrobami kulinarnymi. Nie mówię, że Bałkany nie mają do zaoferowania nic bardziej wyszukanego, zwłaszcza że tutejszy ser, warzywa, owoce, czy choćby mięso są naprawdę zapadające w pamięć i pobudzające ślinianki, ale jakoś tak jest, że najprawdopodobniej najtrudniej będzie przeciętnemu podróżnikowi zapomnieć o tym burgerze z przydrożnej budki czy o tym kawałku pizzy, który gdzieś na szybko zdobył... O tak, bałkańskie fast-foody to jest naprawdę coś.
Ich niesamowicie wręcz wysoka jakość i bardzo przystępna cena (zwłaszcza biorąc pod uwagę, jak zapychające są to wyroby) sprawiają, że często zastępują one pełne posiłki, bo po cóż mam wydawać kilka euro za produkty, które mają mi posłużyć do stworzenia obiadu, kiedy za jeden euro lub mniej mogę mieć wyśmienity burek? No właśnie.. burek. Czyli lokalne cudo wypełnione serem, mięsem, szpinakiem, a czasem cebulą. Cudo zapełniające żołądek na pół dnia. Cudo, które w Belgradzie wygląda zupełnie inaczej niż w Prisztinie, ale zawsze jest swego rodzaju nadziewaną bułą. Cudo, które tu się je nieprawdopodobnie często, a jakoś się nie nudzi. Popijamy obowiązkowym jogurtem.
Czewapi czy pljeskawica (nie przywiązuję się do pisowni, bo widziałam wiele) wspaniale zastępuje tradycyjne hamburgery, a załatwia sprawę obiadu. A nawet jak to, co kupujemy, nazywa się po prostu hamburger, to też pewnie będzie pyszne. Parę razy się przejechałam - im bardziej buda hamburgerowa pozowała na zachodnią, tym gorsze były wyroby. Ale to nie nowość, że polecam lokalne budy, które sanepid by najchętniej potraktował egzorcyzmami... A pizza? Nawet znajoma Włoszka stwierdziła, że nie ma słów krytyki... A kebaby? Kilkaset lat tureckiej okupacji nie pozostało bez wpływu... I tak dalej, i tak dalej, wymieniać można długo....
Najbardziej ubawiła mnie pod względem fast-foodowym Macedonia. Tam widziałam pizzę z frytkami i tam widziałam burka z nadzieniem pizzowym.Podejrzewam, że gdzieniegdzie w innych regionach również można dostać takie cuda, ale po prostu tak się złożyło, że Macedonia mnie tym poczęstowała :)
Również ciekawostką jest, że uwielbiające wszystko, co amerykańskie, Kosowo jest niezaopatrzone w symbol amerykańskości - czyli McDonald. Jakoś marka ta mieszać się nie chciała w regionie o niepewnym statusie państwowym, mimo że - jak to ujął jeden z moich znajomych - byłaby to drukarnia pieniędzy. Podobnie zdecydowali inni - Burger Kinga czy KFC również tu nie uświadczysz. Może w przyszłości. Chwilowo lokalni miłośnicy Stanów zadowolić się muszą stołowaniem w nieodległym Skopje, lub też po prostu korzystają z podróbek. Kwestia lansu, bo naprawdę amerykańskie wyroby fast-foodowe są wręcz śmieszne, gdy porówna się je do lokalnych cudeniek, z których wymieniłam jedynie kilka.
Niemal każdy region świata szczyci się swoimi lokalnymi wyrobami kulinarnymi. Nie mówię, że Bałkany nie mają do zaoferowania nic bardziej wyszukanego, zwłaszcza że tutejszy ser, warzywa, owoce, czy choćby mięso są naprawdę zapadające w pamięć i pobudzające ślinianki, ale jakoś tak jest, że najprawdopodobniej najtrudniej będzie przeciętnemu podróżnikowi zapomnieć o tym burgerze z przydrożnej budki czy o tym kawałku pizzy, który gdzieś na szybko zdobył... O tak, bałkańskie fast-foody to jest naprawdę coś.
Ich niesamowicie wręcz wysoka jakość i bardzo przystępna cena (zwłaszcza biorąc pod uwagę, jak zapychające są to wyroby) sprawiają, że często zastępują one pełne posiłki, bo po cóż mam wydawać kilka euro za produkty, które mają mi posłużyć do stworzenia obiadu, kiedy za jeden euro lub mniej mogę mieć wyśmienity burek? No właśnie.. burek. Czyli lokalne cudo wypełnione serem, mięsem, szpinakiem, a czasem cebulą. Cudo zapełniające żołądek na pół dnia. Cudo, które w Belgradzie wygląda zupełnie inaczej niż w Prisztinie, ale zawsze jest swego rodzaju nadziewaną bułą. Cudo, które tu się je nieprawdopodobnie często, a jakoś się nie nudzi. Popijamy obowiązkowym jogurtem.
Czewapi czy pljeskawica (nie przywiązuję się do pisowni, bo widziałam wiele) wspaniale zastępuje tradycyjne hamburgery, a załatwia sprawę obiadu. A nawet jak to, co kupujemy, nazywa się po prostu hamburger, to też pewnie będzie pyszne. Parę razy się przejechałam - im bardziej buda hamburgerowa pozowała na zachodnią, tym gorsze były wyroby. Ale to nie nowość, że polecam lokalne budy, które sanepid by najchętniej potraktował egzorcyzmami... A pizza? Nawet znajoma Włoszka stwierdziła, że nie ma słów krytyki... A kebaby? Kilkaset lat tureckiej okupacji nie pozostało bez wpływu... I tak dalej, i tak dalej, wymieniać można długo....
Najbardziej ubawiła mnie pod względem fast-foodowym Macedonia. Tam widziałam pizzę z frytkami i tam widziałam burka z nadzieniem pizzowym.Podejrzewam, że gdzieniegdzie w innych regionach również można dostać takie cuda, ale po prostu tak się złożyło, że Macedonia mnie tym poczęstowała :)
Również ciekawostką jest, że uwielbiające wszystko, co amerykańskie, Kosowo jest niezaopatrzone w symbol amerykańskości - czyli McDonald. Jakoś marka ta mieszać się nie chciała w regionie o niepewnym statusie państwowym, mimo że - jak to ujął jeden z moich znajomych - byłaby to drukarnia pieniędzy. Podobnie zdecydowali inni - Burger Kinga czy KFC również tu nie uświadczysz. Może w przyszłości. Chwilowo lokalni miłośnicy Stanów zadowolić się muszą stołowaniem w nieodległym Skopje, lub też po prostu korzystają z podróbek. Kwestia lansu, bo naprawdę amerykańskie wyroby fast-foodowe są wręcz śmieszne, gdy porówna się je do lokalnych cudeniek, z których wymieniłam jedynie kilka.
