Jakis tydzien przed ta wycieczka, czyli dokladnie dzien po powrocie z dzungli, jadlam sobie ze znajomymi sniadanie na miescie (nasi kuning - najpopularniejsze sniadanie Kalimantanu - jest to po prostu ryz z kurkuma podawany najczesciej z ryba). Jako bule oczywiscie wzbudzalam zainteresowanie calej okolicy, ale ze byla to lepsza restauracyjka przyhotelowa (zasluzylam na troche luksusu po ponad tygodniu w srodku lasu, co nie?), to nie mialo to az tak wrzaskliwych efektow jak zwykle. Lecz przysiadl sie do nas pewien jegomosc, ktory zaczal opisywac swoja prace. Okazalo sie, ze byl to emerytowany przewodnik po wspomnianym Parku Narodowym. Rozmowa zakonczyla sie jak zwykle zaproszeniem w jego strony, abym mogla na wlasne oczy popodziwiac orangutany. Zatem gdy Ralu zapytala, czy mozemy sie tam wybrac, odpowiedz byla dosc oczywista. Kilka telefonow do pana Hajiego i mozna bylo pojechac po znacznie nizszych kosztach niz zwykle. Okazalo sie tez, ze pan Haji jest kepala adat Sangaty i ze zaprasza nas, abysmy przenocowaly przed wyprawa u niego w domu.
Tu dygresja: w borneanskich (tu apel o informacje do tych, co wiedza o innych regionach Indonezji - u was tez tak jest?) miejscowosciach sa dwie osoby u wladzy - Pertinggi bedacy przedstawicielem wladzy panstwowej i wybierany przez mieszkancow kepala adat. Mieszkancy niespecjalnie przejmuja sie wladza panstwowa, podczas gdy kepala adat cieszy sie zwykle duzym szacunkiem (jego wybieraja sami, demokratycznie, wiec sie nie dziwie, ze szanuja go bardziej niz narzuconego im przez rzad pertinggi). W jego kompetencjach lezy wydawanie wyrokow w kwestiach prawa tradycyjnego i nadzor nad odpowiednim przestrzeganiem zwyczajow i rytualow. Podczas pobytu w dzungli mialam okazje poznac przyklad wyroku kepala adat - zona jednego z mieszkancow wioski okazala sie niewierna, w zwiazku z czym musi zaplacic rodzinie malzonka kwote 40 mln rupii (jak sie nie myle 12 tys. zl.). Nie ma zadnych narzedzi egzekucji tego typu wyrokow, ale jako ze jest to tradycja - ludzie sie do nich stosuja duzo bardziej niz do prawa krajowego, zwlaszcza w wioskach i malych miejscowosciach.
Koniec dygresji.
Sangata lezy jakies 3-4 godziny drogi od Samarindy, wiec jak na Borneo jest to odleglosc calkiem znosna, zwlaszcza ze droga i nienajgorsza. Oczywiscie wszystko to trwalo dluzej niz przewidywalam, bo autobusy tu jezdza najczesciej wedlug systemu "jak bedzie pelny, to ruszy", wiec dotarlysmy na miejsce dosc poznym wieczorem, ale zostalysmy tak cieplo przyjete przez pana Hajiego i jego zone, ze calkowicie zapomnialysmy o niewygodach podrozy. Nie spodziewajcie sie po kepala adat tradycyjny szat, czy czegos takiego - w szortach i t-shircie odebral nas na motorze z terminalu autobusowego, ale jak juz sie znalezlismy w domu okazalo sie, ze zarowno on, jak i jego zona maja wybitne zamilowanie do muzyki, w zwiazku z czym mialysmy okazje podziwiac ich gre na tradycyjnych instrumentach (tar - beben, podobno instrument sprowadzony przez Arabow; oraz gambus, ktory wyglada jak male banjo) oraz taniec jepen, ktory jest bardzo rytmiczny, a puszysta zona Hajiego wykonywala go z niezwykla gracja. Po tym spontanicznym przedstawieniu poszlysmy spac na podlodze wsrod dzwiekow konikow polnych i zab dochodzacych zza sciany. Nastepnego dnia odstawiono nas pod opieke przewodnika, ktory drewnianym kanoe zabral nas do kolejnego lasu, tym razem juz nie tak dzikiego jak dzungla w gorze rzeki Mahakam, ale za to zamieszkanego przez calkiem liczna populacje orangutanow...