Podróż przecież nie zaczyna się w momencie, kiedy ruszamy w drogę, i nie kończy, kiedy dotarliśmy do mety. W rzeczywistości zaczyna się dużo wcześniej i praktycznie nie kończy się nigdy, bo taśma pamięci kręci się w nas dalej, mimo że fizycznie dawno już nie ruszamy się z miejsca. Wszak istnieje coś takiego jak zarażenie podróżą i jest to rodzaj choroby w gruncie rzeczy nieuleczalnej (Ryszard Kapuściński).

czwartek, 21 lipca 2016

Berlin Neukölln

Na międzykulturowym Weddingu życie się nie kończy, jest jeszcze drugi koniec Berlina - Neukölln. Neukölln jest równie międzykulturową wyspą, choć już mocno zgentryfikowaną. Wielkości średniego miasta, stanowi mieszkanie dla imigrantów, studentów i niezliczonej liczby małych uroczych knajpek.

Kto nie słyszał o Sonnenallee? Długaśna głośna ulica biegnąca przez środek Neukölln, będąca kiedyś symbolem podziału Berlina na Wschód i Zachód, będąca bohaterem książki i filmu, teraz jest Berlinem w pigułce. Właśnie tą mieszanką Wschodu i Zachodu, turecką knajpą obok kamienicy wynajętej przez studentów nad bułgarskim burdelem, polem bitwy na fajerwerki w Sylwestra. Sonnenallee jest cudownym miejscem, żeby spędzić weekend, nigdy nie śpi, ale mam kumpla, który tam mieszka i z jego opowieści to wygląda trochę tak jak mieszkanie w kilkukilometrowym akademiku, kiedy wszyscy są już po egzaminach, a ty próbujesz się uczyć...

I znowu, mówimy o dzielnicy niezbyt pięknej, o blokowisku, tyle że tym razem jest to blokowisko, które zdobyło popularność. Pamiętam jeszcze, jak byłam tu po raz pierwszy, jak wysiedliśmy na zasikanej stacji U-bahnu i próbowaliśmy znaleźć drogę na szarych uliczkach poprzetykanych jeszcze jakimiś knajpkami. To było miejsce, gdzie ludzie nie zapuszczali się, jeśli nie musieli, zła sława szerzyła się na całe Niemcy. Żeby nie było - nie wszystko w Neukölln jest blokowiskiem. Jest tak zwane "stare Neukölln", które jest w sumie jedyną próbą zrobienia z czegoś starówki, jaką widziałam w Berlinie. Nie ma to wiele wspólnego z jakąkolwiek starówką, jaką w życiu widziałam, wygląda raczej jak urocza XIX wioseczka w środku miasta, która stanowi malutki wycinek całej dzielnicy i była pewnie równie zdewastowana, co okoliczne bloki przed czasami popularności okolicy, ale zawsze to coś. Nie zmienia faktu, że do niedawna Neukölln było tą "złą" dzielnicą. Jako że jestem z Gdańska Dolnego Wrzeszcza, który miał bardzo złą sławę, kiedy się tam wprowadzałam 15 lat temu, a teraz na każdym rogu ma knajpkę z hummusem, to czuję się swojsko w tej postzłej dzielnicy z oczywistych względów.






Parę lat wcześniej jednak lotnisko Tempelhof zostało zamknięte. Lotnisko w środku Neukölln, które do tej pory nie wiem, jak dawało spać mieszkańcom, bo jest dokładnie wkomponowane w dzielnicę, nawet nie próbuje być na uboczu. I nagle z najbardziej upierdliwego do mieszkania terenu Berlina Neukölln stało się terenem w sąsiedztwie ogromnego parku po części zasiedlonego przez lewackich ogrodników. Nie żeby władze kompletnie się nie mieszały, robią od czasu do czasu różne imprezy sportowe czy targi w budynkach lotniska czy na terenie, ale ogólnie funkcjonuje to jako cudowna zalegalizowana ziemia niczyja.

Neukölln... No i nie wiem, co myśleć. Z jednej strony jest to wciąż Weddingowa atmosfera wielokulturowości, i to w dodatku otoczona zielonością, z drugiej - szybujące w górę czynsze i zmiana grup społecznych osiedlających się w Neukölln sprawia, że nie wiem, czy za parę lat nie straci kompletnie swojego uroku. Alternatywne centra kultury i pomocy sobie przecież nie poradzą, a i studenci odejdą, jako i tanie imigranckie knajpki, które właśnie tworzą urok tego miejsca...

sobota, 25 czerwca 2016

Berlin Wedding

Wbrew pozorom Wedding to po prostu nazwa dzielnicy Berlina, i z tego, co wiem, ze ślubami to nie ma nic wspólnego.

Wspominałam już, że uwielbiam Berlin? Mój stosunek do Niemiec jako takich bywa lepszy lub gorszy, różnie się między nami układa, czasem wychodzę z założenia, że to kraj zimny i nieprzyjemny, a czasem rozkoszuję się wygodnictwem niemieckiego życia - jedno się jednak niezmienia. Berlin. Cudowny Berlin.

Żeby nie było, uważam, że Berlin nie jest najpiękniejszym miastem na świecie. Estetycznie pozostawia tyle do życzenia, że to czasem aż bawi, jak miasto bez starówki, głównie upstrzone postkomunistycznymi blokami i supermarketowym centrum rozkochało w sobie śmietankę hippisowstwa i hipsterstwa centralnej Europy i nie tylko. Co takiego jest w atmosferze tej stolicy bez dzielnicy city, że wszyscy ciągną do Berlina, i ja się tym ciągotom również oprzeć nie mogę.

No cóż, ja mimo wszystko uważam, że ceny. Berlin jest o niebo tańszy od Paryża czy Londynu, a nawet warszawiacy by pozazdrościli chwilami cen. Czynsze wprawdzie idą w górę (choć ostatnie prawo zakazujące wynajmu mieszkań turystom na wielką skalę może to trochę przystopuje), ale i tak w porównaniu z Frankfurtem i Monachium są na jako takim poziomie. To przyciąga bardzo specyficznych ludzi. Poza tym w kraju, w którym wszystko musi być tip top i ładnie, i w porządku, Berlin zachował jakiś składnik chaosu, niedomycia.... Widać to po mieszkaniach w imigranckich dzielnicach (które robią się coraz bardziej dzielnicami hipsterskimi), w których królują stare instalacje gazowe, okafelkowane w stylu "socjalistyczny brudny róż" łazienki i drewniane podłogi pomalowane sraczkowatym lakierem.. Jakoś w żadnym innym mieście niemieckim, nawet wschodnioniemieckim, nie spotkałam się z tymi pozostałościami starych czasów na taką skalę.

I tak się składa, że ilekroć jadę do Berlina, ląduję w jednej z dwóch dzielnic imigranckich. Neukölln albo właśnie Wedding, bo tam mam znajomych. Neukölln jest już zgentryfikowane, zamieszkane głównie przez studentów i przedstawicieli wolnych zawodów, pełne knajpek, w których przeczytamy dzienne menu na szkolnej tablicy, ale Wedding... Wedding wygląda jakby wprost wyjęte z lat osiemdziesiątych. Ja bardzo lubię hipsterskie Neukölln - ale Wedding daje poczucie, że jeszcze zdążyłam gdzieś posiedzieć, zanim to coś przerodziło się w komercyjny sukces.

Dziwne to o tyle, że ta turecko-polsko-azjatycka mieszanka zamieszkująca głównie kilkupiętrowe bloki przy szerokich bulwarach znajduje się praktycznie rzut kamieniem od Alexa, czyli Alexanderplatz, czyli najbardziej komercyjnego centrum Berlina. Mimo wszystko wydaje się, że wszystko tu żyje własnym życiem, niezależnie od supermarketowego pędu pod słynną wieżą telewizyjną. Czasem mam wrażenie, że znalazłam się znów na Bałkanach badź na Bliskim lub Dalekim Wschodzie, bo mieszanka kulturowa jest w Wedding jedną z najbardziej widocznych kwestii - w całym Berlinie widzi się kosmopolityzm metropolii, ale w Wedding, w którym nie ma nic ciekawego do zobaczenia, wiadomo, że nie mamy do czynienia z turystami, ale z ludźmi, którzy mieszkają tu od lat, albo i pokoleń. Niemcy stanowią na Wedding ledwo połowę populacji, co widać na każdym kroku, i muszę przyznać - ja to uwielbiam. Wielu się użala jak to Berlin jest opanowany przez imigrantów, ale fakt, że mogę zrobić zakupy w azjatyckim supermarkecie, potem iść na śmiesznie tani falafel i przy okazji zahaczyć o polski sklep jest nie do przecenienia. W Berlinie mam poczucie, że znowu podróżuję, po prostu spacerując między pchlim targiem a warzywniakiem.
 




poniedziałek, 23 maja 2016

Polka w Niemczech

Kim jestem w Niemczech, będąc Polką. W sumie nie wiem do końca, bo kim innym jestem u siebie w mieszkaniu, gdzie kręci się wokół głównie lewicująca młodzież, czym innym podczas wizyt w Berlinie, kim innym w pracy itp.

Pierwsze, co z reguły słyszę, kiedy mówię, że jestem z Polski, to jakieś rodzinne wspomnienia o czyichś polskich korzeniach. Mnóstwo ludzi ma rodziców/dziadków/pradziadków ze Śląska, z Mazur, z Pomorza... Czasem mnie to bawi, bo jak któryś raz z rzędu usłyszałam, że kogoś dziadkowie pochodzą z Prus Wschodnich, to zaczęłam się poważnie zastanawiać, skąd się ci wszyscy ludzie wzięli, bo zawsze wydawał mi się to teren niespecjalnie wysoko zaludniony... To wszystko nie zmienia faktu, że Erika Steinbach jest tu traktowana jako postać nieco wstydliwa i raczej komediowa niż ktoś, kogo należy traktować jako poważnego partnera w dyskusji...

Czym jest Polska dla młodych Niemców, z którymi imprezuję? Polska jest trendy. Serio. Jest bardzo popularnym celem wyjazdów wakacyjnych, stypendialnych, bardziej lub mniej praktycznych. Bardzo wiele osób z mojego otoczenia jest w jakiś sposób związanych z Polską, pracując w różnego rodzaju organizacjach promujących integrację środkowoeuropejskiej młodzieży, wymian międzynarodowych i tym podobnych kwestii. Kiedy mam ze sobą polskie kabanosy, ludziom nawet o najostrzejszym dietetycznym nastawieniu do życia oczy się świecą. Nie musi to być nawet smaczne, ważne, że kojarzy się z tym ostatnim wyjazdem pod Wrocław, w góry, nad morze, na Woodstock czy Kortowiadę (serio, na Kortowiadę)... Dodatkowym plusem jest to, że zazwyczaj smaczne to jest.

Czym jest Polska dla ludzi, których spotykam w pracy? Krajem, który jest blisko, ale który niezbyt dobrze znają, nie licząc regularnych wyjazdów do miejscowości przygranicznych na zakupy. Oczywiście turystycznie też się liczy - miejscowości nadbałtyckie cieszą się rosnącą popularnością.

Czym jest Polska dla moich teściów, czyli zaczytanych we wszystkim intelektualistów? Cóż, tu było moje ogromne zaskoczenie, gdyż wiedza o Polsce była dużo większa niż się spodziewałam. Okazuje się, że to pokolenie, które kiedyś hippizowało, a teraz się cieszy niemieckim spokojem bytu cały czas pamięta kibicowanie polskiej rewolucji, łącznie z datami, nazwiskami, mniejszymi lub większymi anegdotami. Poza tym okazuje się, że wśró ludzi, którzy interesują się sztukami plastycznymi polska szkoła plakatu jest wręcz kultowa.

Dochodzi do tego fakt, że obracam sie w środowisku judeofilskim z racji jednego z najważniejszych ośrodków uniwersyteckich, gdzie można studiować języki semickie... W tym momencie zwrócenie się w stronę polskiej kultury jest niszowe, ale pojawia się niemal na każdym kroku. Polsko-żydowsko-niemieckie relacje, agresje, miłości, wrogości i tym podobne są objektem tylu dyskusji, że trudno to wręcz zliczyć. Czasem zadziwia mnie naprawdę szczegółowa wiedza na ten temat...

W to wszystko wpleciony jest ostatnio jeszcze wątek polityczny. Cóż, dyskusji o Polsce nie da się teraz uniknąć ani trochę, ponieważ pojawia się w nagłówkach niemal każdej gazety, tuż obok kryzysu uchodźczego. To jednak chwilowo pominę milczeniem, żeby się za bardzo nie unosić ;)

środa, 4 maja 2016

Mój pokój

Żałuję w tej chwili, że nie mam żadnego porządnego zdjęcia mojego pokoju w Gdańsku, który zmienia się w bardzo nieznacznym stopniu od piętnastu lat. Jest jakąś Itaką póki co, do której sobie przyjeżdżam w międzyczasie moich wiecznych przeprowadzek.

Styl życia, w którym nie płaciłam przez większość czasu czynszu, sprawiał jednak, że rzadko kiedy miałam zbyt duży wpływ na to, jak wyglądał mój pokój w danym miejscu zamieszkania. Z reguły był zapewniany przez pracodawce, instytucję przyjmującą, uniwersytet, cokolwiek takiego. Już umeblowany, jedyne, co mogłam zrobić, to najwyżej powiesić coś na ścianie albo poprzesuwać mebelki.

Pierwszym pokojem, w którym musiałam się zadomowić, była szarawa klitka w akademiku borneańskim. Mówię "pierwszym", chociaż zdarzało mi się już zadomawiać w miejscach na miesiąc-dwa, na przykład w Japonii, gdzie faktycznie spało się na matach na podłodze. Szczerze mówiąc, nawet nie pamiętam, czy było to wygodne, w Japonii miałam tak pijacki styl życia, że cokolwiek w pozycji horyzontalnej było dla mnie z pewnością królewskim łożem. Wracając do Indonezji... Cóż, mieszkanie przy granicy z dżunglą w industrialnym porcie. To było moje mieszkanko w Indonezji. Jako przybysz z dalekiej zagranicy miałam pozycję wysoce uprzywilejowaną na każdym kroku, co mnie wybitnie irytowało, ale akurat w kwestii pokoju zaakceptowałam bez gadania - Indonezyjki mieszkały po dwie, trzy w jednym pokoju, ja dostałam małą i szarą, ale jedynkę, i to z lodówką. Najlepszy numer polegał na tym, że mi w ogóle nie zazdrościły, było im żal, że taka samotna jestem. I znowu głupia jestem i żadnego zdjęcia nie mam... Mam za to zdjęcie tak zwanego akademika, który został specjalnie wyremontowany na przyjazd nas, obcokrajowców (było nas całe dwie...), ale tylko z zewnątrz.
Kolejny pokój, kolejny brak zdjęcia. Ah, głupia byłam, głupia, że nie robiłam zdjęć wnętrz moich pokojów. Mieszkanie w domu rodziny romskiej mogłoby zainteresować niejednego, jak to wyglądało w moim pokoju. Cóż, jak wyglądał mój pokoik? Duże łóżko z mnóstwem kocy, dywany na podłodze, muzułmańskie kiczowate obrazki na ścianach i plastikowe meble. Misz masz taniości i naprawdę porządnej jakości (no, proszę państwa, ja pod tymi kocami zimę stulecia przeżyłam, -40 na dworze, u nas brak centralnego). Był to też pierwszy raz, kiedy mieszkałam z rodziną hostującą, czyli nie że mam sobie gdzieś wynajęty pokoik, ale jestem częścią rodziny, jem z nimi posiłki, żyję według ich rytmu (no, prawie mi się udało, zdarzało mi się znikać po nocach, ale dość tolerancyjnie do tego podchodzili). Także mój pokój nie był wydzielony, jak pokój w hotelu, tylko sprawiał, że byłąm częścią rodziny. Przeżyłam to dużo łagodniej niż myślałam, bo ja, raczej jednak pilnująca możliwości posiadania własnego kąta do ukrycia się trochę z przerażeniem myślałam o mieszkaniu w małym domku z pięcioosobową rodziną, która w dodatku miała mnóstwo gości, ale ponieważ moi hości byli naprawdę kochani, to do tej pory wspominam ich z dużym uśmiechem... Ich domek znów mogę zaprezentować jedynie z zewnątrz, gdzie wchodziło się urokliwie pod konstrukcją utrzymującą winogrona.
 Kolejny pokój już znajduje się na bylejakiej, ale jest foto! Jak to się zmienia nastawienie, kiedy się jest w stałym związku i druga połówka chce wiedzieć, jak ci się żyje. No cóż, to już jest Turcja. W sumie co mogę powiedzieć, mieszkanie w Turcji nie różniło się standardami od jakiegokolwiek mieszkania studenckiego, w którym mogłabym wylądować w Polsce, poza faktem bardzo dużej przestrzeni i tego, że zostało wybrane nie ze względu na standard, ale na właściciela, który nie miał nic przeciwko, żeby było koedukacyjne (naprawdę niełatwo takich na tureckiej prowincji znaleźć). Oto i mój pokoik:


 A to mój przesłodki pokój w Iraku. Znów z rodziną hostów, ale z ogromną dozą prywatności, bo była to dobudówka z osobnym wejściem, przepięknym sufitem trzymającym wszystko na belkach (już takich w Iraku nie robią podobno, mają odgórne wskazówki architektoniczne, żeby się trzymać nowoczesnych standardów, a te stare dachy to było naprawdę coś pięknego, bo pokryte było w dodatku ziemią dla izolacji, więc dach był praktycznie dodatkowym ogrodem...
 Na koniec gdzie mieszkam teraz. Pierwszy raz w miarę to urządzane przeze mnie, z pewnymi ustępstwami na rzecz mej drugiej połówki.

sobota, 23 kwietnia 2016

Próba powrotu (do pisania oczywiście)

No tak, przyznaję się bez bicia. Zaniedbałam tego bloga koszmarnie i aż nie chce mi się patrzeć, kiedy był ostatni wpis, ale dawno to było. I to nie jest nawet tak, że w ogóle nie było o czym pisać. Od czasu do czasu przechodziło mi przez głowę "o, ciekawe, może bym o tym napisała", ale potem mnie jakaś prokrastynacja ogarniała i w końcu nic z tego nie było.

Nie mam jakiegoś głębokiego wytłumaczenia na mój brak weny. Mogę się bawić w kuchenną psychologię i zwalić to na fakt, że ogólnie nie byłam w specjalnie dobrej kondycji mentalnej, co wbrew pozorom nie sprzyja kondycji twórczej. Eh, a mówi się, że artysta musi cierpieć. (Nie żebym się poczuwała do jakiegoś wielkiego artyzmu, no ale coś tam w końcu tworzę.)

Prawda jest taka, że emigracja do Niemiec kopnęła mnie trochę pod bardzo wieloma względami. Niedoceniłam kwestie szoku kulturowego, bo zdawało mi się, ot, sąsiedzi, co się może stać. I podczas gdy do Iraku czy Indonezji jechałam z nastawieniem otwartym, to tu każda niedogodność kulturowa - a było ich dużo więcej niż się spodziewałam - okazywała się dla mnie barierą, wymówką dla przeciągania prokrastynacji pod bardzo wieloma względami. Niemcy są inne niż Polska, Niemcy są innymi ludźmi niż Polacy, i nastawienie "ot, sąsiedzi" nie działa jakoś specjalnie.

Dodatkowo dowaliła mi emigracja jako taka. Do tej pory zawsze podróżowałam, a nie emigrowałam. Można niby powiedzieć, jeden pies. Ale, ale... Pracuję więcej niż doświadczam świata dookoła, nie mam często ani czasu, ani energii na poznawanie okolic. Poza tym odwalam standard emigracyjny, czyli pracuję grubo poniżej kwalifikacji. Żeby nie było, na pracę nie narzekam, nie mam nic przeciwko prostej pracy fizycznej, czasem jednak mam takie myśli, że trochę za bardzo wpisałam się w standardowy stereotyp Polaka-emigranta.

No i właśnie ta praca. Cóż, to nie tylko jest tak, że pierwszy raz w życiu na obczyźnie pracuję 40 godzin na tydzień. Ja w ogóle pierwszy raz w życiu pracuję 40 godzin na tydzień. W wieku 30 lat pierwszy raz w życiu zapłaciłam mieszkanie, mam normalne ubezpieczenie zdrowotne i płacę podatki. Do tej pory udawało mi się jakimś ślizgiem uniknąć tego wszystkiego, co przynosi dzień codzienny. Nie jestem z tego powodu jakoś szalenie zadowolona, lubiłam moje hippisowskie życie i przerażała mnie idea tak zwanej dorosłości. W ogóle mnie ta dorosłość nie pociąga i nie mam pojęcia dlaczego koniecznie TRZEBA przechodzić na ten etap, dlatego też zamierzam z niego we wrześniu zrezygnować. Tak, moje życie emigracyjne ma cyrograf do września i nie zamierzam go chwilowo przedłużać. Mam i zawsze miałam specyficzne podejście do tego, co uznawałam za odwagę, co za straszne. I tak, kiedy mieszkałam w Iraku, 150 kilometrów od granic Państwa Islamskiego, to rzadziej mi się zdarzało tak panikować niż wtedy, kiedy w Niemczech dostaję jakieś pismo urzędowe. Nazwijcie mnie niedojrzałą, ale serio sobie z takimi rzeczami nie lubię radzić.

Do tego dochodzi szczyt odwagi, na jaki kiedykolwiek się zdobyłam, czyli zamieszkanie razem z moją drugą połówką. Zawsze mieszkałam z kimś, ale zawsze byli to współlokatorzy, którzy niespecjalnie się do mojego życia wtrącali, dlatego też pomysły par, które decydowały się mieszkać razem po zupełnych kątach, zawsze wydawały mi się szczytem odwagi. No ale dobra, to akurat funkcjonuje całkiem nieźle, wspominam o tym tylko ze względu na fakt, że próbuję się wytłumaczyć z kompletnej zmiany stylu życia.

Dobra, stworzyłam właśnie wpis pełen żalów i wymówek, ale jakiś wstęp do powrotu do blogowania musiałam zrobić. Następne wpisy pewnie zawierać będą ciekawsze treści, bo wiosna idzie, a z wiosną idzie i optymizm, i wena.

środa, 22 lipca 2015

Uchodźcy

Przyznam, zastanawiałam się wielokrotnie, czy w ogóle publikować tego posta. Temat uchodźców jest wałkowany we wszystkich kierunkach, a że mój współlokator współpracuje z urzędem migracyjnym, to jest to kwestia poruszana w rozmowach niemal codziennie. Poza tym jest niemal w każdej gazecie, ogólnie jest to temat obgadany do tego stopnia, że powoli już kolejna rozmowa, w któej pojawia się ten wątek, bywa po prostu męcząca.

Jednak jest to temat mi zbyt bliski, żebym go ominęła, bo podróżowałam po wielu krajach, z których uchodźcy pochodzą. Ba, byłam tam przyjmowana na zasadzie gość w dom, bóg w dom, nieważne jaki bóg, nieważne, jaki gość. Po prostu, zwyczajnie, po ludzku. Nigdy nie przeżyłam wojny, nigdy nie przeżyłam głodu, krótko mówiąc, nigdy nie przeżyłam tego, żeby wielka polityka kompletnie spieprzyła mi życie. Podróżowałam. Dla zabawy. Dla przygody. Tak sobie.

Między innymi dlatego uważam, że ten temat w ogóle nie powinien istnieć na zasadzie "czy?", ale na zasadzie "jak?". Na początku z zaskoczeniem zaczęłam obserwować, co się dzieje w mediach, w komentarzach w tej kwestii. Zaczęłam być emocjonalna, czasem komentowałam wręcz agresywnie, trochę mi głupio. Po prostu nie mogło do mnie dojść, że można po prostu z premedytacją chcieć zamknąć drzwi przed nosem ludziom, którzy stracili wszystko. Za dużo w tym polityki, za dużo gderania mediów, za dużo całej tej otoczki, przez którą ciężko się przebić zwyczajnemu zdesperowanemu człowiekowi.

Znam trochę uchodźców, więc mówię nie statystykami, ale emocjami. Jest im ciężko, bo czują się obcy, są nieprawdopodobnie wręcz samotni. Znam tę samotność, towarzyszyła mi czasem, kiedy mieszkałam w różnych krajach, gdzie kompletnie nie byłam w stanie się porozumieć ani językowo, ani kulturowo. Ale ja znam ułamek tej samotności, bo ja to robiłam z własnej woli, dla przygody, z ciekawości. Poza tym wiedziałam, że gdzieś tam jest moja rodzina, mój facet, moi przyjaciele. Poza tym nie byłam traktowana jak wróg, większość ludzi nie podchodziła do mnie ze strachem. Nie jestem w stanie sobie wyobrazić takiej samotności, jaką przeżywa uchodźca.


Nie chcę mówić o propozycji unijnej, żeby Polska przyjęła 2000 uchodźców. Źle mi z tym, że to wszystko jest "propozycja unijna" i "Polska przyjmie albo nie przyjmie". Chciałabym, żeby ludzie przyjęli ludzi, jak to już wielokrotnie się zdarzało w historii. Nie jestem religijna, ale wisi u mnie na ścianie jeden cytat z Biblii, który jest dla mnie bardzo ważny - przypowieść o dobrym Samarytaninie.

niedziela, 28 czerwca 2015

Język sąsiada

Język niemiecki nigdy nie cieszył się moją sympatią. Gardłowość niektórych dźwięków i okrutnie długie wyrazy, w których nigdy chyba nie nauczę się poprawnie stawiać akcentów, sprawiały, że jakoś był to jeden z tych przedmiotów w szkole spychanych na bok. Poza tym trudno ludziom urodzonym w Polsce wyzwolić się od stereotypu języka niemieckiego. Mimo że jedne z największych nazwisk literatury światowej, to właśnie nasi zachodni sąsiedzi, to mało kto by powiedział, że niemiecki to język literatury, dla nas, i w sumie nie tylko dla nas, niemiecki to język wojny, znany z seriali i filmów osadzonych w czasie drugiej wojny światowej... Nawet jak ktoś ni w ząb po niemiecku nie rozumie, to przecież zna tych kilka słów wykrzykiwanych na każdym kroku przez nazistów w każdym wojennym filmie...

Życie potrafi jednak płatać figle i - podczas gdy mój brat, który niemieckiego uczył się porządnie przez całe liceum, mieszka w Londynie, ja, która w szkole miała głównie nacisk na język angielski, siedzę sobie trochę ponad sto kilometrów od Berlina. Cóż, jako że miejsc zamieszkania miałam w życiu wiele i styczność z wieloma językami (ale nie oszukujmy się - z większością tych języków dość mocno po łebkach), to nie jest to aż tak ironiczne, ale dobra, skoro już tu jestem, skoro już nawet moja niemiecka połówka zapisała się na lekcje polskiego, to zaczęłam się trochę bardziej przykładać do nauki niemieckiego. Nie potrafię utrzymać w tej kwestii żadnej systematyczności, regularne lekcje w ogóle nie wchodzą w rachubę, jako że jedyną robotą jaką tu dorwałam, jest praca na zmiany, która skutecznie ogranicza możliwości systematycznego uczęszczania w czymkolwiek, ale z pomocą mego faceta, koleżanek z pracy, współlokatorów i innych otaczających mnie ludzi staram się cokolwiek przyswoić, a także pokonać nie do końca entuzjastyczne nastawienie do tego języka.

Cóż, niemiecki ma plusy i minusy. Zaczynając od minusów: po pierwsze składnia. Nigdy do tej pory się nie spotkałam z tym, żeby składnia miała takie znaczenie i to, co staram się klecić z mojego marnego słownictwa, było kompletnie niezrozumiałe, jeśli postawię coś nie w tym miejscu, co trzeba... Eh. Druga rzecz to rodzajniki, tu nie muszę tłumaczyć, chyba każdy, kto kiedykolwiek próbował podejść do tego języka, ma o nich taką samą opinię. Reszta minusów jest w sumie taka sama, jak w każdym innym języku, bo to, że notorycznie się myli przyimki spotyka chyba każdego, kto kiedykolwiek uczył się jakiegokolwiek języka zachodniego. Na wymowę też aż tak psioczyć nie będę, bo choć gardłowość mnie drażni, to tu też jest tak samo jak z przyimkami - każdy język ma coś. No to, żeby nie było, plusy - uwielbiam niemieckie słownictwo i słowotwórstwo. Liczba określeń różnego rodzaju uczuć i kontekstów jest tak bogata, że istnieje tu strasznie dużo słów, które są nieprzetłumaczalne a oddają czasem sedno. Die Waldeinsamkeit (poczucie samotności, które może ogarnąć człowieka w lesie), Die Fremdscham (empatyczny wstyd odczuwany, gdy ktoś inny zrobi coś głupiego), osławione Die Schadenfreude (radość z cudzego nieszczęścia), czy też moje ukochane słowo - Das Fernweh (tęsknota za miejscami, w których się nigdy nie było). Najlepsze w tym całym słowotwórstwie jest to, że niemiecki ze swoimi przyrostkami, przedrostkami, połączeniami wyrazów i tym podobnymi konstrukcjami, jest trochę jak puzzle - tu przyłączysz, tam dostawisz, tam coś zmienisz, dzięki czemu daje praktycznie nieskończoną liczbę możliwości tworzenia tego typu urokliwych słów.

Jak z tą moją nauką będzie, nie wiem, bo mój słomiany zapał chyba nie jest dla nikogo niczym nowym. Póki co dość, że jestem w stanie zapytać o drogę i zakupy zrobić, coraz mniejszy ze mnie analfabeta. A z Bawarczykiem czy Saksończykiem z mocnym lokalnym akcentem pewnie i tak się nigdy nie dogadam...