niedziela, 15 listopada 2009

Kepala adat

Dobra, dodalam fotki do wpisu poprzedniego, jedziemy zatem dalej. Wyprawa do dzungli sie zakonczyla, pozostaly wspomnienia, doswiadczenia i... niedosyt. W zwiazku z czym powrot do domu okazal sie powrotem bardzo tymczasowym sprowadzajacym sie do zrobienia prania, spotkania paru znajomych, pokazania fotek, a potem - znow w droge. Tym razem we dwie - ze wspomniana juz wczesniej Rumunka Ralu. Naszym pierwszym celem byla Sangata, a raczej Kutai National Park, ktory znajduje sie nieopodal.

Jakis tydzien przed ta wycieczka, czyli dokladnie dzien po powrocie z dzungli, jadlam sobie ze znajomymi sniadanie na miescie (nasi kuning - najpopularniejsze sniadanie Kalimantanu - jest to po prostu ryz z kurkuma podawany najczesciej z ryba). Jako bule oczywiscie wzbudzalam zainteresowanie calej okolicy, ale ze byla to lepsza restauracyjka przyhotelowa (zasluzylam na troche luksusu po ponad tygodniu w srodku lasu, co nie?), to nie mialo to az tak wrzaskliwych efektow jak zwykle. Lecz przysiadl sie do nas pewien jegomosc, ktory zaczal opisywac swoja prace. Okazalo sie, ze byl to emerytowany przewodnik po wspomnianym Parku Narodowym. Rozmowa zakonczyla sie jak zwykle zaproszeniem w jego strony, abym mogla na wlasne oczy popodziwiac orangutany. Zatem gdy Ralu zapytala, czy mozemy sie tam wybrac, odpowiedz byla dosc oczywista. Kilka telefonow do pana Hajiego i mozna bylo pojechac po znacznie nizszych kosztach niz zwykle. Okazalo sie tez, ze pan Haji jest kepala adat Sangaty i ze zaprasza nas, abysmy przenocowaly przed wyprawa u niego w domu.

Tu dygresja: w borneanskich (tu apel o informacje do tych, co wiedza o innych regionach Indonezji - u was tez tak jest?) miejscowosciach sa dwie osoby u wladzy - Pertinggi bedacy przedstawicielem wladzy panstwowej i wybierany przez mieszkancow kepala adat. Mieszkancy niespecjalnie przejmuja sie wladza panstwowa, podczas gdy kepala adat cieszy sie zwykle duzym szacunkiem (jego wybieraja sami, demokratycznie, wiec sie nie dziwie, ze szanuja go bardziej niz narzuconego im przez rzad pertinggi). W jego kompetencjach lezy wydawanie wyrokow w kwestiach prawa tradycyjnego i nadzor nad odpowiednim przestrzeganiem zwyczajow i rytualow. Podczas pobytu w dzungli mialam okazje poznac przyklad wyroku kepala adat - zona jednego z mieszkancow wioski okazala sie niewierna, w zwiazku z czym musi zaplacic rodzinie malzonka kwote 40 mln rupii (jak sie nie myle 12 tys. zl.). Nie ma zadnych narzedzi egzekucji tego typu wyrokow, ale jako ze jest to tradycja - ludzie sie do nich stosuja duzo bardziej niz do prawa krajowego, zwlaszcza w wioskach i malych miejscowosciach.
Koniec dygresji.

Sangata lezy jakies 3-4 godziny drogi od Samarindy, wiec jak na Borneo jest to odleglosc calkiem znosna, zwlaszcza ze droga i nienajgorsza. Oczywiscie wszystko to trwalo dluzej niz przewidywalam, bo autobusy tu jezdza najczesciej wedlug systemu "jak bedzie pelny, to ruszy", wiec dotarlysmy na miejsce dosc poznym wieczorem, ale zostalysmy tak cieplo przyjete przez pana Hajiego i jego zone, ze calkowicie zapomnialysmy o niewygodach podrozy. Nie spodziewajcie sie po kepala adat tradycyjny szat, czy czegos takiego - w szortach i t-shircie odebral nas na motorze z terminalu autobusowego, ale jak juz sie znalezlismy w domu okazalo sie, ze zarowno on, jak i jego zona maja wybitne zamilowanie do muzyki, w zwiazku z czym mialysmy okazje podziwiac ich gre na tradycyjnych instrumentach (tar - beben, podobno instrument sprowadzony przez Arabow; oraz gambus, ktory wyglada jak male banjo) oraz taniec jepen, ktory jest bardzo rytmiczny, a puszysta zona Hajiego wykonywala go z niezwykla gracja. Po tym spontanicznym przedstawieniu poszlysmy spac na podlodze wsrod dzwiekow konikow polnych i zab dochodzacych zza sciany. Nastepnego dnia odstawiono nas pod opieke przewodnika, ktory drewnianym kanoe zabral nas do kolejnego lasu, tym razem juz nie tak dzikiego jak dzungla w gorze rzeki Mahakam, ale za to zamieszkanego przez calkiem liczna populacje orangutanow...

sobota, 14 listopada 2009

Gosia w dzungli czesc ostatnia, bo chyba wypada przejsc juz do innych watkow

Coz, spodziewalam sie, ze w okresie, kiedy to w Polsce jest jesien, tu bedzie nudno straszliwie, bo nie bede jeszcze znala jezyka, a poza tym do oficjalnych wolnych dni jeszcze kawalek czasu. Ale okazuje sie, ze trzy miesiace w Indonezji to czas calkowicie wystarczajacy, zeby wszyscy dookola mowili, ze moj indonezyjski jest "sudah lancar" (czyli ze juz mowie plynnie, co oczywiscie jest dokumentna bzdura, ale porozumiewac sie moge juz bez problemu). Ogolnie dzieje sie duzo, ucze sie rownie duzo, co jezdze dookola i spotykam sie z przyjaciolmi, prowadzac niekonczace sie rozmowy o podobienstwach i roznicach miedzy naszymi kulturami. W zwiazku z tym chyba pora napisac krotko o tym, jak mi tam w dzungli borneanskiej bylo i przejsc do innych tematow. Fotki dodam, jak wroce do domu, bo chwilowo znow w podrozy - pozdrawiam z zaskakujaco szybkiej kafejki w porcie Pare Pare na wyspie Sulawesi.

Cofnijmy sie zatem w czasie do tych dni, ktore spedzilam w dzungli. Moje przemyslenia na tematy ekologiczne i kulturalne juz opisalam, wiec tym razem bedzie tylko o tym, jak tam ogolnie mi sie zylo. Wiadomo - temat Dajakow i innych plemion nie zostal jeszcze wyczerpany, zreszta z pewnoscia na tym blogu go nie wyczerpie, bo jest to watek gleboki i szeroki niczym sama rzeka Mahakam...

Otoz pierwsze dwa dni w srodku dzungli byly.... dosc nudne. Baza, w ktorej spedzalam czas, zaskoczyla mnie calkiem niezlymi warunkami (oczywiscie mylam sie deszczowka, ale system rurek i pojemnikow na wode sprawial, ze byla to nawet jako tako komfortowa lazienka). Moi gospodarze musieli pracowac, wiec mi pozostawalo przygladanie sie zyciu w osrodku w centrum dzungli, bo poza ten teren nie wolno mi sie bylo udawac bez przewodnika (w ogole nie powinno mnie tam byc, to wszystko byl teren zamkniety dla turystow, ale moja karta pobytu i krotka gadka, ze przyjechalam "doing some research" z policjantem, ktory nie mial wiekszego pojecia o jezyku angielskim, a nie chcial z siebie zrobic idioty byla spokojnie wystarczajaca), wiec podziwialam rozwinieta infrstrukture w srodku dzungli (kawalek w dol rzeki byl nawet internet! Czlowiek sie czuje niesamowicie, kiedy plynie drewnianym kanoe, zeby wyslac maila... naprawde surrealistyczne wrazenie). Poza tym mialam okazje odwiedzic miejsce wycinki drzew, szkolke lesna i powozic sie jeepem po okolicznych bezdrozach z grupa Dajakow, a takze poprobowac swoich sil w ulubionym sporcie Indonezji - badmingtonie.

Ogolnie byly to dni powolne spokojne i upalne. Po nich nastapily dni deszczowe - akurat tak sie zlozylo - ktore spedzilismy w okolicznej wiosce Dajakow. Podstawowym wspomnieniem stamtad jest doskonaly smak smazonych ryb - tak, tak, kochani, wiem, ja nigdy nie jadalam ryb, ale jak sie mieszka na Borneo, to sie nie da! Po prostu delicje! W kazdym razie im bardziej w glab dzungli, tym lepsze rybki mozna znalezc, wiem, znowu gadam o jedzeniu, ale jest to kwestia w tym kraju nie do ominiecia.. I o tym pewnie tez bedzie notka, bo Indonezyjczycy jedza duzo i czesto, i wyobrazic sobie nie moga, ze mozna np. nie zjesc obiadu. I tak bylo tez w dzungli - cokolwiek by sie nie dzialo - przerwa na posilek co kilka godzin musi byc. MUSI. Nie ma bata, nie ma innej mozliwosci, swiat sie moze palic i walic, ale zjesc trzeba.
W wiosce Dajakow (o wdziecznej nazwie Long Tujo - nie mam pojecia co to znaczy, bo to w jezyku Dajakow, a ja chwilowo to opanowuje tu Indonezyjski, z lokalnych jezykow znam tylko kilka slow w Banjar, bo tak sie sklada, ze moi najlepsi znajomi sa z tego plemienia) mialam okazje poobserwowac zwyczaje, o czym juz wspomnialam bodaj dwie notki temu. Warunki juz nie byly tak komfortowe jak w kampie - coz, spalam na rattanowej macie, ktora nie byla szczytem komfortu... A chrapiacy wspolspacze z tego samego pokoju sprawiali, ze zasniecie graniczylo z cudem. Swoja droga interesujace jest to, jak w glebi dzungli zmieniaja sie zwyczaje... Spanie w jednym pokoju z trzema facetami w przecietnym borneanskim miescie jest niemozliwe ze wzgledow kulturowych. Tymczasem w dzungli, w ktorej warunki uniemozliwiaja zapewnienie kobietom odpowiedniej izolacji, nikt nie widzi problemu... Oczywiscie istotny jest tez fakt, ze Dajakowie sa w wiekszosci chrzescijanami, wiec nie ma tu problemu jilbabu. Ale oczywiscie zostalam zapytana przed wyjazdem, czy na pewno mi to nie przeszkadza. Podczas pobytu w Long Tujo zabralam sie raz na wycieczke w glab dzungli jednym z tych drewnianych kanoe, do tej pory jestem pod ogromnym wrazeniem umiejetnosci sterowania tym czyms przez lokalsow miedzy kamieniami... Jak tak przeplywalismy miedzy korzeniami, skalami, a nad glowa przeskakiwaly male malpki po lianach to omal sobie reki nie zmiazdzylam o taki kamien, tak sie zagapilam w to wszystko...

To tyle jesli chodzi o warunki zyciowe w srodku lasu... Pewnie bede jeszcze napomykac o roznych kwestiach, o ktorych nie wspomnialam do tej pory. Jesli chodzi o mozliwosci poznania kultury indonezyjskiej bylo to ogromnie pouczajace doswiadczenie, ale jesli chodzi o rozrywke - powiem wam, ze z tego wszystkiego najbardziej polecam przejazdzke po rzece longboatem. Duza drewniana lodz jest przyjemnym srodkiem transporu, a plynie na tyle wolno, ze mozna spokojnie podziwiac okolice.

wtorek, 10 listopada 2009

Borneanska przyroda - zle i dobre wiadomosci

Wytlumaczylam sie juz z urwanego watku dzungli, a tymczasem ozywiscie net na uczelni nie dziala, posilkuje sie zatem kafejka - skutkiem czego wpis ten bedzie bez polskich znakow, bo wytlumaczenie w kafejce, ze chcialabym sie podpiac ze swoim laptopem przekracza moje mozliwosci komunikacyjne. I nie chodzi tu bynajmniej o bariere jezykowa... Po prostu czasem komunikacja z Indonezyjczykami jest dosc skomplikowana, jesli chce sie zrobic cokolwiek, do czego narod ten nie przywykl... Zeby nie przedluzac wstepu, wrocmy do tematu borneanskich lasow. Otoz kiedy wyobrazamy sobie Borneo, przed oczyma mamy najprawdopodobniej obrazek taki:
Jest to obrazek jak najbardziej rzeczywisty i prawdziywy, acz jest to niestety tylko czesc prawdy. I to jest naprawde zla i dolujaca wiadomosc. Nie jestem typem ekologa, owszem, przyroda jest dla mnie istotna, ale do wiekszosci organizacji proekologicznych nie mam zaufania za grosz, za duzo w tym wszystkim prania brudnych pieniedzy i sekciarstwa. Jednakze kiedy przemierzam drogi lub rzeki Kalimantanu, to naprawde widze, ze w tym rejonie az prosi sie o jakas akcje, i to powazna. Ogromne zalesione przestrzenie juz prawie na tej wyspie nie istnieja. Oczywiscie troche ich jest - w koncu znalazlam miejsce, aby cyknac powyzsza fotke, ale wiekszosc obrazkow z tutejszych lasow bardziej przypomina cos takiego:

Borneo jest pelne bogactw naturalnych - od ropy, zlota i diamentow, przez wegiel, po drewno. A bogactwa naturalne, jak juz w niejednym kraju sie przekonalam, to przeklenstwo prawie tak wielkie jak blogoslawienstwo. Owszem, poziom zycia jest tutaj nieco wyzszy niz na przyklad na Jawie, ale poziom brudu i korupcji rowniez (znajomi mieszkancy Jawy teraz pewnie pokiwaja glowa z niedowierzaniem, ze sa na swiecie miejsca bardziej skorumpowane i zasyfione. Owszem, kochani, sa). Nielegalny wyrab i wydobycie jest tu na porzadku dziennym, lasy topnieja zastraszajaco szybko. Kalimantan to jedna wielka fabryka, a drogi i rzeki to dzisiaj raczej tasmy produkcyjne niz miejsca, gdzie mozna sie spotkac z dzika przyroda.
Pojechalam naprawde daleko w glab dzungli i wierzcie mi - ciezko jest znalezc tu miejsce nienaruszone przez czlowieka... Ogolnie indonezyjskie podejscie do przyrody mi straszliwie nie odpowiada. Czasem mam wrazenie, ze okoliczni mieszkancy kompletnie nie maja w glowie pojecia o zwiazkach przyczynowo-skutkowych. Slyszalam czlowieka zajmujacego sie wyrebem lasu, ze on tak kocha przyrode, a miejsc, gdzie mozna ja podziwiac, jest coraz mniej. Nie wspomne juz o narzekajacych na wszechobecny brud Indonezyjczykach, ktorzy potrafia w tym samym czasie przeklinac na ilosc smieci w tym kraju i wyrzucac wprost na ulice butelke po wodzie czy papierek po batoniku. Tak, jesli chodzi o dbanie o czystosc i porzadek, to zdeydowanie nie jest to narod wzorcowy...

Dobra, ponarzekalam, to teraz czas na tych kilka dobrych wiadomosci, ktore gdzies tam sie kolacza. Otoz jak bylam w lesie, to poza dzungla naturalna i miejscami wyrebu, mialam tez okazje zwiedzic szkolki lesne, gdyz firmy, ktore zajmuja sie wyrebem legalnie maja obowiazek rowniez sadzenia odpowiedniej ilosci drzew. I zdaje sie, ze ma to jako tako dzialanie wychowawcze, gdyz pracownicy, z ktorymi rozmawialam, wybitnie czesto podkreslali, ze zajmuja sie nie tylko wycinka (biorac pod uwage, ze sporo z nich to Dajakowie, fakt, ze w ogole sie zajmuja wycinka, mnie troche zadziwial - niszczyc swoje wlasne ziemie? Ale coz... Jest to dobrze platna praca, a czego sie nie zrobi, zeby kupic sobie nowy telewizor). Niemniej szkolki lesne istnieja i maja sie (w miare) dobrze.
Podobno takie drzewka, jak na obrazku powyzej, potrzebuja mniej wiecej 20-25 lat, zeby sie nadawac na drewno. Jesli wiec koordynacja wycinka-zalesianie bedzie szla w pozytywnym kierunku jakies swiatelko w tunelu migocze... Choc migocze bardzo niesmialo. Nie oszukujmy sie, potrzebujemy drewna, ale trzeba to zorganizowac logistycznie, jesli chcemy zachowac nieprawdopodobne piekno lasow tropikalnych.

Jakis czas temu do zachlannosci w podejsciu do borneanskich bogactw naturalnych zaczely sie wtracac organizacje ekologiczne i trzeba przyznac, ze obostrzenia WWF maja naprawde jakies wymierne skutki. W czasie ostatniej wycieczki zwiedzilam miedzy innymi park narodowy zajmujacy sie ochrona orangutanow. Nigdy nie palalam wielka miloscia do tych malp, ale okazja poobserwowania ich w naturalnym otoczeniu byla mila, a fakt, ze WWF ma do nich wybitna slabosc, sprawia, iz jest tu coraz wiecej terenow chronionych, co jakos ratuje resztki borneanskich lasow.

Innym zwierzeciem, do ktorego WWF ma slabosc jest zolw morski, w zwiazku z czym jakiekolwiek ingerowanie w jego siedliska jest bardzo surowo karane. Dzieki temu mialam okazje podziwiac tu na przyklad takie obrazki:
Jednakze to wszystko wciaz za malo. Na tej wyspie nie sa przyzwyczajeni do przestrzegania prawa, korupcja w tym kraju przekracza wszelkie mozliwe granice (zreszta ten temat tez zamierzam kiedys poszerzyc, bo czasem poziom skorumpowania tutejszych urzednikow naprawde mnie zadziwia, pewne rzeczy sa w tym kraju wrecz oficjalne). Ogolnie - przynajmniej w mojej glowie - wyobrazenie dzikiej zielonej wyspy zostalo totalnie zburzone. Sa tu miejsca, ktore potrafia wrecz oszolomic, nawet nie wyobrazalam sobie, ze swiat moze byc az tak piekny, ale w znakomitej wiekszosci tereny Borneo mozna porownac do ogromnej brudnej hali produkcyjnej.

wtorek, 3 listopada 2009

Wracając do Dajaków

Oczywiście nie wyrobiłam... Po powrocie z dżungli na uniwerku musiał, po prostu musiał paść internet, a potem znowu wyjechałam niemal na cały tydzień. Ten post miał się pojawić przed moim wyjazdem, ale nie wiem czemu się nie opublikował - na szczęście gdzieś tam w czeluściach bloggera się przechowały jego szczątki, więc go uzupełnię i opublikuję teraz, a potem pomyślę, w jakiej kolejności was uraczyć resztą wydarzeń, bo szczerze mówiąc nie wiem, jak się do tego zabrać. Jest jeszcze sporo do napisania o tym, co widziałam w głębi dżungli, poza tym jeszcze zdążyłam odwiedzić Kutai National Park oraz przeżyłam ponad 20 godzin w podróży na wysepkę Derawan, gdzie pływałam sobie z rurką wśród metrowych żółwi morskich i mieniących się wszystkimi kolorami tęczy ryb. Jakoś to sobie w głowie może poukładam, ale nie obiecuję szybkiego nadrobienia zaległości, bo jak się trochę podleczę, to ruszam na Sulawesi (coś mi poparzyło udo, nie wszystkie morskie zwierzątka mnie lubią... Tylko trochę, tak ogólnie to nie boli, ale na wycieczkę w góry to się nie bardzo nadaję, a taki jest między innymi cel).... No nic, jakoś będę powoli nadrabiać zaległości mam nadzieję...

Wracając zatem do tematu i cofając się trochę w czasie... Kiedy zawitaliśmy do dżungli, miałam okazję mieszkać trzy dni w wiosce Dajaków, a także poznać rodzinę Dajaków-nomadów. Wioska była położona z dala od jakiejkolwiek cywilizacji, ale mieszkańcy zdążyli się już wyposażyć w agregaty prądu, które działają przez 4 godziny dziennie (między 18 a 22). Zgadnijcie, co słynni łowcy głów robią w czasie tych czterech godzin... Otóż i długouche babcie, i wytatuowani łowcy zasiadają w tym czasie przed telewizorami. Ogólnie dla turysty pragnącego zobaczyć tradycyjne zwyczaje i tego typu kwestie Borneo może na co dzień być dość rozczarowujące, bo podstawowym marzeniem przeciętnej dziewczynki żyjącej w skleconym z kilku desek domku bez bieżącej wody jest najnowszy iphone albo coś w tym stylu.

Jednakże trochę zwyczajów się zachowało. W wioskach położonych daleko w górze rzeki można spotkać całkiem sporo starszych kobiet mających wydłużone uszy przez ciężar kolczyków. Podobno wzięło się to stąd, że małpy mają małe uszy, więc żeby odróżnić się od małp, wydłuża się je... Ale jest to tylko jedna z teorii. Szczerze mówiąc, większość spytanych przeze mnie rdzennych mieszkańców Borneo nie miała zielonego pojęcia, skąd wziął się zwyczaj wydłużania uszu wśród Dajaków.

Kolejnym słynnym zwyczajem są tatuaże. Szczególne znaczenie mają obręcze wokół kostek i wytatuowane dłonie. W pierwotnych wierzeniach Dajaków tylko odpowiednio wytatuowany członek plemienia ma szansę się dostać do dajakowego raju. W związku z czym tatuaże są swego rodzaju nagrodą. W wypadku mężczyzn - za zwycięstwa w walkach, w wypadku kobiet - za odpowiednią pieczę nad domowym ogniskiem (cokolwiek ten zwrot znaczy). Tatuaże są również efektem rytuałów leczniczych lub są dawane w celu ochrony przed duchami lub siłami przyrody.

W przeciwieństwie do większości mieszkańców Kalimantanu Dajakowie są chrześcijanami, co zupełnie nie przeszkadza im w praktykowaniu czarnej magii - ogólnie plemię to jest postrachem wszystkich innych, zwłaszcza po zamieszkach związanych z imigrantami z plemienia Madura, (którzy prezentowali wg rdzennych mieszkańców zbyt zachłanną postawę wobec okolicznych ziem), które miały miejsce parę lat temu. Znakomita większość moich znajomych zarzeka się, że widziała, jak mandal (tradycyjna maczeta Dajaków) bez niczyjej pomocy zaczynał fruwać w powietrzu w poszukiwaniu głów Madura... To wszystko nie zmienia faktu, że w każdą niedzielę grzecznie uczęszczają do kościoła i przestrzegają większości chrześcijańskich rytuałów.



O Dajakach jeszcze będzie, i to na pewno sporo. Jeszcze muszę wam przedstawić inne rdzenne plemiona (jak pojechałam do parku narodowego miałam np. okazję spać u tradycyjnego wodza wioski kutajskiej, który uraczył mnie wraz z żoną grą na tradycyjnych instrumentach, ale nie wyobrażajcie sobie ubranych w skóry prymitywnych plemion - podrzucił mnie potem motorem do miejsca, skąd odchodziło moje kanoe). Wybaczcie, naprawdę ostatnio dzieje się niesamowicie dużo i po prostu zwyczajnie nie wyrabiam z blogowaniem, jestem dużo rzadziej na necie, który w dodatku jak na złość kompletnie odmawia posłuszeństwa...

sobota, 31 października 2009

Gosia w dżungli część I - czyli co, jak, gdzie i kiedy

Tydzień milczenia wziął się stąd, że wymiotło mnie w głąb wyspy. Wszyscy spodziewają się po Borneo, że ja tu to pewnie na drzewie z orangutanami mieszkam i są wielce zawiedzeni, że miasto, w którym przyszło mi spędzać większość czasu jest dużym, brudnym ośrodkiem przemysłowym. Jednakże w związku z tym, iż jestem na wyspie, która bądź co bądź czasem nazywana jest płucami Ziemi - postanowiłam zagłębić się w zieleniejące z oddali borneańskie lasy. Nie jest to takie proste - gdybym sobie miała zafundować sama taką wycieczkę, poszłoby całe moje stypendium, albo nawet i więcej, ale jak zwykle można było polegać na tym, że kto jak kto, ale ja to mam farta, zwłaszcza w podróży. Otóż - mama mojej koleżanki wyjeżdżała na pielgrzymkę do Mekki, w związku z czym rodzina wyprawiła wcale niemałą fetę, gdzie również i mnie zaproszono. Wieczorem przejedzeni i w bardzo pozytywnych nastrojach siedzieliśmy sobie i gadaliśmy o tragicznej kondycji lasów na Borneo (o tym później, bo temat ekologii tutaj zasługuje na osobnego posta). Wtedy to do pokoju wszedł starszy brat Yani, który jak się okazało pracuje w lesie koordynując w niektórych miejscach wyrąb z zalesianiem. I tak zostałam zaproszona na niemal dziesięciodniową wycieczkę w górę rzeki Mahakam na koszt firmy transportującej drewno... Wycieczka była to dość wariacka, bo w sumie nie wiedziałam za dużo o miejscach, gdzie się udawaliśmy, moje pojęcie o rzece Mahakam kończyło się na miasteczku Long Bagun położonym dzień drogi od Samarindy motorówką, lub niecałe trzy dni longboatem. Większość Indonezyjczyków, ba, większość mieszkańców Borneo, nie kieruje się w tamte strony, uważając je za dzikie i niedostępne, w związku z czym napędziłam niezłego stracha całej ekipie opiekującej się mną na uniwerku (stracha całkowicie niepotrzebnego - rzadko kiedy jestem pod tak dobrą opieką, jak byłam otoczona podczas tej wyprawy). Byłam jedyną białą, jedyną kobietą udającą się na ten wypad, a w całej ekipie nikt nie mówił sensownie po angielsku, ale co tam, raz się żyje... I tak w zeszłą środę z samego rana znalazłam się na motorówce płynącej w górę rzeki. Pierwszy dzień spędziłam w całości na motorówce, zatrzymując się tylko co jakiś czas na posiłek.

Aż dotarliśmy do wspomnianego Long Bagun, które jest właściwie wrotami dżungli. Jest to też ostatnie miejsce gdzie czasem da radę złapać sygnał w komórce, więc od tego momentu jakikolwiek kontakt ze mną był całkowicie niemożliwy (jak się potem okazało nie tak do końca, ale generalnie, powiedzmy, znacznie utrudniony). Tu chciałabym powiedzieć, że moja łazienka w akademiku jest luksusem. W Long Bagun, gdzie zatrzymaliśmy się na noc słowo "łazienka" oznacza boks z desek położonych na balach na rzece. W środku owego boksu jest dziura w podłodze, która zależnie od potrzeb służy za toaletę bądź łazienkę. Ale jak się ma taki widok, kiedy się wstaje rano i wyjdzie przed dom, to człowiek jest w stanie sporo zdzierżyć:

Zostałam zapytana, czy umiem pływać. Jasne, że umiem, ale jak spojrzałam na nurt rzeki, kiedy przekroczyliśmy Long Bagun, to się zawahałam... Cóż, wśród tych kamieni to jest chwilami regularny rafting, a tam już się raczej nie pływa motorówkami, tylko drewnianymi longboatami, lub składakami z kilku desek przez co po niektórych marzycieli nazywanych kanoe. Acz widoki po drodze są wręcz nieziemskie...



Ciąg dalszy - w którym między innymi wrócimy do Dajaków (bądź co bądź siedziałam w ichniej wiosce przez trzy dni), a także będę kontynuować wątek borneańskiej ekologii, który moim zdaniem trzeba tu poruszyć - nastąpi wkrótce (tzn. nie wiem, jak z tym całym pisaniem się wyrobię, bo jutro odwiedza mnie koleżanka, więc pewnie wykombinujemy sobie jakiś kolejny wypad, ale postaram się jakoś wyrobić ze wszystkim...)

sobota, 17 października 2009

Chińczycy

Mieszkając na Kalimantanie, nie sposób nie zauważyć wszechobecnej mniejszości chińskiej. Dlaczego akurat tutaj? Otóż Chińczycy emigrowali do Indonezji przez wieki, ale różnorakie utrudnienia i dyskryminacja uniemożliwiały im w dużym stopniu nabywanie ziemi w bardziej przyjaznych regionach Indonezji, więc jeśli chcieli choć trochę parać rolnictwem lub temu podobnymi zajęciami - przybywali tutaj, na Borneo. Oczywiście w innych regionach Indonezji, zwłaszcza na Jawie też można odnaleźć sporą społeczność chińską, ale nie wiem, czy są oni aż tak wyraziści ze swoją kulturą jak tu - jeśli się mylę, proszę sprostować.

Mniejszość chińska pojawiła się w tym kraju jeszcze w czasach prekolonialnych, ale rozprzestrzeniła się głównie podczas panowania Holendrów, którzy dawali im liczne przywileje. Nie jest to rzecz nowa: tak samo działali na przykład Francuzi w Algierii - wyraźnie faworyzowali mniejszości Żydowską i Chrześcijańską, aby w jakiś sposób osłabić rdzenną kulturę kraju... Tutaj sprawy się pokomplikowały, kiedy okazało się, że faworyzowani Chińczycy zaczynają sobie doskonale radzić ekonomicznie, więc Holendrzy poczuli się zagrożeni i skończyły się przywileje. W związku z tym wielu Chińczyków uczestniczyło dość aktywnie w ruchach niepodległościowych Indonezji (nawet hymn narodowy Indonezji został po raz pierwszy wydrukowany nie w indonezyjskiej, a w mniejszościowej chińskiej gazecie...). Nie zmieniło to faktu, że po odzyskaniu niepodległości przez Indonezję, Chińczyków nie traktowano zbyt dobrze. Wyraźna dyskryminacja i wiele dość upokarzających reguł prawnych (przykładowo nakaz zmiany nazwiska na bardziej "indonezyjskobrzmiące" czy zakaz drukowania chińskich ideogramów) na tyle utrudniały życie, że wielu nawet bardzo zasymilowanych Chińczyków zdecydowało się na emigrację, i to raczej nie do ich rodzimego kraju, gdzie byli równie niemile widziani, lecz do Stanów czy Europy... Na szczęście sytuacja się zmieniła pod koniec lat 90. ubiegłego wieku i dziś możemy mieć okazję obserwowania - obok indonezyjskiej - również kultury tego narodu.

To tyle jeśli chodzi o historię. W Samarindzie coś na kształt chinatown (mówię "coś na kształt", gdyż nie jest to wyraźnie oddzielona dzielnica, jak w Londynie czy Yokohamie, przejścia są dużo bardziej płynne...) znajduje się w dole rzeki w pobliżu portu. Jest tam też chińska świątynia - nie sposób dociec, jakiego wyznania... Większość przebywających tutaj Chińczyków wyznaje podobno buddyzm, ale jak zapytałam o przeznaczenie świątyni, dostałam odpowiedź, że jest ona po prostu "chińska" i tyle. I niezależnie od tego, czy przybywający do niej członek chińskiej społeczności wyznaje konfucjanizm, buddyzm czy chrześcijaństwo - może sobie spokojnie przyjść i się pomodlić czy zapalić kadzidło, po czym wypić herbatkę sprowadzaną z Hong Kongu, którą również i mnie uraczono (podobno pomaga przy odchudzaniu, przydałoby się, hehe). Chińczycy okazali się przemiłymi ludźmi, z którymi spokojnie udało mi się porozumieć, mimo że mówili po angielsku dość słabo (ale i tak byli w stanie wydukać cokolwiek, co mnie zaskoczyło), a po indonezyjsku z dość specyficznym akcentem - ich język to w ogóle osobna historia, bo zależy od tego, w którym okresie migracji dana społeczność przybyła, poza tym jest mocno pomieszany z indonezyjskim i lokalnymi dialektami, więc na moim poziomie wiedzy o tutejszej chińskiej kulturze nie udało mi się dociec, po jakiemu owi świątynni gospodarze właściwie mówili, kiedy rozmawiali między sobą (bo kiedy rozmawiali ze mną, to mówili znanym mi już indonezyjsko-angielsko-migowo-międzynarodowym językiem :) wprawdzie byłam z kumplem, który trochę robił za tłumacza, ale złośliwiec czasem zarzucał tę czynność, twierdząc, że po dwóch miesiącach to powinnam już dawać radę sama...). W każdym razie zrobili na mnie bardzo dobre wrażenie, oczywiście bardzo gościnni, a poza tym - pewna wiedza na temat historii Europy też miło mnie zaskoczyła (oczywiście w kwestii Polski padło nazwisko Wałęsy - to miłe jak ktoś tu potrafi coś o naszym kraju powiedzieć, i to nie tylko o piłce nożnej - bo nazwiska niektórych piłkarzy obiły się o uszy zafascynowanych tym sportem Indonezyjczyków), no i zostałam oczywiście poinformowana, że do świątyni mogę wpadać w każdej chwili, herbatka i jakieś jedzenie zawsze na stanie zastanę :)


środa, 14 października 2009

Jak to jest z tym hijabem?

Dałam się wyciągnąć na karaoke. Jest to jedna z tych rzeczy, przy których ostro zastanawiam się "jakim cudem mnie na to namówili", a potem wydzieram się w rytmach Madonny czy innego Michaela Jacksona, ku uciesze wszystkich, którzy jeszcze nie uciekli na bezpieczną odległość albo nie schronili się w jakimś dźwiękoszczelnym pomieszczeniu. Karaoke jak na daleki wschód przystało jest jedną z bardziej popularnych rozrywek w Indonezji... Ale nie o tym być miało. Chciałam zaprezentować wam następujące zdjęcie:

Cóż jest w nim takiego ciekawego? Otóż przedstawia ono siostry. Starszą, która ubiera się raczej po męsku, ciągle pracuje i niespecjalnie przejmuje się wymogami religijnymi, i młodszą - która chodzi w pełni okutana w jilbab (tak tu nazywają chustkę na głowę) oraz długie rękawy i nogawki. Ma nawet specjalny kostium kąpielowy dostosowany do wymagań religijnych! Ogólnie mam nawet znajomą, która co do zasady nosi hijab, ale zdarza jej się wyjść bez... Indonezyjscy muzułmanie, którzy stanowią znakomitą większość populacji kraju, są społecznością bardzo religijną i co do zasady dziewczęta, które ukończą szkołę średnią (tak mniej więcej, pod tym względem nie ustalili sobie dokładnych zasad, niektóre zaczynają wcześniej, inne później), zakładają chustę na głowę. Chustę, która tutaj stała się, jak wszystko, elementem mody i można znaleźć jilbaby w najrozmaitszych wzorach i kolorach upinane na bardzo różne fantazyjne sposoby.

Jak przyjechaliśmy do Jakarty to dostaliśmy niemal wykład od muzułmańskich studentek, które wielokrotnie powtarzały nam, że nikt ich nie zmusza do noszenia jilbabu i jest to całkowicie ich świadoma decyzja. Początkowo mocno w to powątpiewałam - jak ktoś tak bardzo usiłuje mnie do czegoś przekonać, to zawsze mam wątpliwości co do szczerości rozmówcy, ale... oni chyba po prostu mają skłonność do powtarzania pewnych rzeczy w kółko, nie wierząc, że już zrozumiałeś... Robią to też w innych dziedzinach, co czasem bywa męczące, ale fakt faktem to chyba tutejsza pogoda, czy nie wiem co - ale ogólnie ten kraj nie sprzyja bystrości umysłu, sama ostatnio czasem takie głupoty plotę, że aż wstyd...