środa, 14 marca 2012

W świecie fast-foodów

Nie będę ukrywać, że to, że niespecjalnie tu się da stracić na wadze, to nie tylko zasługa faktu, że żyję z romską rodziną, która ma ambicje przekarmienia mojej osoby, ale także tego, że Bałkany to miejsce, gdzie można zjeść najlepsze chyba fast-foody na świecie.

Niemal każdy region świata szczyci się swoimi lokalnymi wyrobami kulinarnymi. Nie mówię, że Bałkany nie mają do zaoferowania nic bardziej wyszukanego, zwłaszcza że tutejszy ser, warzywa, owoce, czy choćby mięso są naprawdę zapadające w pamięć i pobudzające ślinianki, ale jakoś tak jest, że najprawdopodobniej najtrudniej będzie przeciętnemu podróżnikowi zapomnieć o tym burgerze z przydrożnej budki czy o tym kawałku pizzy, który gdzieś na szybko zdobył... O tak, bałkańskie fast-foody to jest naprawdę coś.

Ich niesamowicie wręcz wysoka jakość i bardzo przystępna cena (zwłaszcza biorąc pod uwagę, jak zapychające są to wyroby) sprawiają, że często zastępują one pełne posiłki, bo po cóż mam wydawać kilka euro za produkty, które mają mi posłużyć do stworzenia obiadu, kiedy za jeden euro lub mniej mogę mieć wyśmienity burek? No właśnie.. burek. Czyli lokalne cudo wypełnione serem, mięsem, szpinakiem, a czasem cebulą. Cudo zapełniające żołądek na pół dnia. Cudo, które w Belgradzie wygląda zupełnie inaczej niż w Prisztinie, ale zawsze jest swego rodzaju nadziewaną bułą. Cudo, które tu się je nieprawdopodobnie często, a jakoś się nie nudzi. Popijamy obowiązkowym jogurtem.

Czewapi czy pljeskawica (nie przywiązuję się do pisowni, bo widziałam wiele) wspaniale zastępuje tradycyjne hamburgery, a załatwia sprawę obiadu. A nawet jak to, co kupujemy, nazywa się po prostu hamburger, to też pewnie będzie pyszne. Parę razy się przejechałam - im bardziej buda hamburgerowa pozowała na zachodnią, tym gorsze były wyroby. Ale to nie nowość, że polecam lokalne budy, które sanepid by najchętniej potraktował egzorcyzmami... A pizza? Nawet znajoma Włoszka stwierdziła, że nie ma słów krytyki... A kebaby? Kilkaset lat tureckiej okupacji nie pozostało bez wpływu... I tak dalej, i tak dalej, wymieniać można długo....

Najbardziej ubawiła mnie pod względem fast-foodowym Macedonia. Tam widziałam pizzę z frytkami i tam widziałam burka z nadzieniem pizzowym.Podejrzewam, że gdzieniegdzie w innych regionach również można dostać takie cuda, ale po prostu tak się złożyło, że Macedonia mnie tym poczęstowała :)
Również ciekawostką jest, że uwielbiające wszystko, co amerykańskie, Kosowo jest niezaopatrzone w symbol amerykańskości - czyli McDonald. Jakoś marka ta mieszać się nie chciała w regionie o niepewnym statusie państwowym, mimo że - jak to ujął jeden z moich znajomych - byłaby to drukarnia pieniędzy. Podobnie zdecydowali inni - Burger Kinga czy KFC również tu nie uświadczysz. Może w przyszłości. Chwilowo lokalni miłośnicy Stanów zadowolić się muszą stołowaniem w nieodległym Skopje, lub też po prostu korzystają z podróbek. Kwestia lansu, bo naprawdę amerykańskie wyroby fast-foodowe są wręcz śmieszne, gdy porówna się je do lokalnych cudeniek, z których wymieniłam jedynie kilka.


poniedziałek, 12 marca 2012

Dzień Kobiet

Nigdy nie spodziewałam się, że Dzień Kobiet może być obchodzony z taką pompą. Już kilka dni wcześniej wszędzie na ulicach można było dostać ohydne plastikowe kwiatki, które były namiętnie wykupywane przez pragnących zadowolić swoje niewiasty mężczyzn. Aż mi żal było ulicznych sprzedawców, bo wciąż jest zimno jak piorun (tak, muszę się pożalić, już wyglądało, że ma być lepiej, a dziś znów pada śnieg!!!). I tak nadszedł upragniony dzień.

Od razu usłyszałam, że w sumie to nie moje święto, bo to dzień Żeny, a nie Dewojki. Tak się składa, że kobieta i żona po serbsku, to to samo słowo, więc jesteś sobie dewojką aż w końcu na ślubnym kobiercu staniesz się kobietą. Świadczy to nieco o stosunkach w narodzie, nie powiem... Sporo było w tym żartów, bo oczywiście swój przebrzydki kwiatek również dostałam, ale okazało się, że miałam tego dnia dużo więcej pracy niż zazwyczaj, bo trzeba było zorganizować "koktajl" dla kobiet z mahali. Koktajl w tutejszym rozumieniu to cola i chipsy. Ale zrobiliśmy to z pompą, chłopcy przytargali wzmacniacze i puścili turbofolkową muzykę na całą niemal dzielnicę. W końcu koło południa zaczęły nadchodzić miejscowe Panie, przystrojone odświętnie, niosące na rękach swoje pociechy, których nie miały z kim zostawić. I muszę przyznać, że wyśmienicie się bawiłam, mimo całej tej turbofolkowej otoczki, plastikowych talerzy, brzydkich kwiatów, tanich chipsów... Tańce, ogólna wesołość i pełne poczucie, że to jest "ich dzień" sprawiły, że biło ze wszystkich twarzy tyle optymizmu, ile nie widziałam od dawna. Wszystko to trwało całe dwie godziny, po czym wszystkie panie równiutko i bez słowa zastrzeżeń zebrały się i rozeszły do domów.



Po wysprzątaniu całego centrum wybraliśmy się z kolei na kręgle, co może jest mało kobiecą rozrywką, ale stereotypy trzeba łamać... Ja specjalnie nie złamałam, bo w kręgle nie grywam - i krótko mówiąc dostarczyłam współpracownikom sporo rozrywki. Ale nikogo nie zabiłam.

W każdym razie - spóźnione, ale kogo to obchodzi, powinnyśmy mieć wszystko co najlepsze każdego dnia, zatem: Wszystkiego najlepszego wszystkim paniom! (i dziewczynom również!).

piątek, 9 marca 2012

Religijnie

Aż dziw, że przy moich kulturowych - zatem i religioznawczych - zainteresowaniach nie pojawił się do tej pory żaden wpis o religii w Kosowie. Na pewno się to gdzieś przewijało, ale jako że odwiedziłam ostatnio Albanię, to się zrobiło tym bardziej ciekawie pod tym względem. Otóż na Bałkanach religia jest kwestią często niemal utożsamianą z narodowością, co ma ogromne znaczenie w czasie wojen, a teraz, kiedy akurat nikt do siebie oficjalnie nie strzela, w przepychankach politycznych.

Jako że utożsamiamy religię z narodem, to lecimy: Serbowie to prawosławie, Bośniacy - muzułmanie, Chorwaci - katolicy, Albańczycy... No i tu nie do końca wiadomo. Bo kosowscy Albańczycy to w znakomitej większości muzułmanie, ale jak już pojedziemy do Albanii, to spotkamy na północy całkiem spory odsetek katolików. A i w Kosowie zdarzyło mi się poznać Albankę - katoliczkę. A Romowie? Romowie zwykle wyznają religię narodu, wśród którego przyszło im żyć, co jednak tutaj też się nie do końca zgadza - jako że Romowie w Kosowie żyją w większości wypadków wśród Serbów, a są muzułmanami. Dzięki owym religijnym połączeniom łatwo mi się połapać na przykład przy autostopie, z kim mam do czynienia - jak na lusterku wisi krzyż albo jakiś święty - to raczej Serb, jak nie ma nic albo jest tam któryś z muzułmańskich symboli - to pewnie Albańczyk. Ułatwia to uniknięcie faux pax przy poruszaniu pewnych tematów w rozmowie, choć oczywiście nie ratuje mnie przed tym całkiem.

Dlaczego jak nie wisi nic, to zakładam, że to Albańczyk? Otóż większość poznanych Albańczyków to tacy muzułmanie jak ja katoliczka. Sklepy monopolowe źle się nie mają, a Albanki w hijabie zauważyłam tylko w okolicach Prizren, które to jest dużo bardziej konserwatywne niż pozująca na kosmopolityczną i nowoczesną Prisztina. W każdym razie standardowe łączenie islamu z fundemantalizmem ma się nijak do tego regionu, bo tu się traktuje fundamentalny islam jako coś w rodzaju moherowych beretów, albo i gorzej - często Arabowie są wręcz nienawidzeni, i to w pełnym uogólniającym dyskryminacyjnym sensie. Są oczywiście regiony bardziej religijne - na przykład wspomniane Prizren, gdzie miałam okazję zobaczyć takie obrazki:



Inny stosunek do religii mają Serbowie, ale głównie odnosi się to do faktu, że są tu w mniejszości, zatem utrzymanie swojej religii jest jednym z elementów utrzymania swojej kultury otoczonej przez kulturę drugą, w dodatku znienawidzoną. Święte miejsca są tym bardziej święte, a święte zwyczaje są tym bardziej przestrzegane. Bo przyznać trzeba, że i okołowojenna nienawiść również skupiała się na religijnych obiektach, serbskich monastyrów w Kosowie nie pozostało zbyt wiele, ale wciąż są i dziś można je swobodnie odwiedzać turystycznie (wbrew temu, co niektóre przewodniki twierdzą).


Tak się akurat składa, że ja żyję u romskiej rodziny, i to dość religijnej. Może i matka rodziny hijabu nie nosi, ale modli się pięć razy dziennie, a alkoholu nie rusza. Okazuje się, że Romowie z mojej okolicy w ogóle mają dużo poważniejszy stosunek do islamu niż większość Albańczyków. Co wciąż dalekie jest od fundamentalizmu, może jest to ten sam mechanizm, który sprawia, że Serbowie bardziej utrzymują swoją religię? Taka mniejszość w mniejszości?

A tymczasem w Prisztinie powstaje gigantyczna katedra, podczas gdy katolików w Kosowie jest jak na lekarstwo. I jak tu nie traktować tego politycznie...

wtorek, 6 marca 2012

Everybody lies

Wprawdzie wraz z ociepleniem klimatu, również cieplejsze staje się moje nastawienie do tego miejsca, zwanego przez niektórych krajem, przez innych regionem, a przez innych jeszcze inaczej, ale chodzi mi po głowie, że wypada napomknąć o jednej kwestii, z którą jakoś przeszłam do porządku dziennego, ale w głębi duszy wciąż mnie gryzie. W Kosowie prawda nie istnieje. Nie żebym uznawała radykalną filozofię na temat idei prawdy, ale to, w jakim stopniu muszę się tu trzymać zasady ograniczonego zaufania męczy moją naiwną duszę, która się z początku dawała nabrać niemal na wszystko, a i teraz nierzadko daje się wciągnąć w historie, które może gdzieś miały coś wspólnego z rzeczywistością, ale wcale nie na pewno.

Fakt, że historia jest tu przedstawiana czysto subiektywnie, nie jest dla mnie szczególnym zaskoczeniem. Tak naprawdę historia jest przedstawiana subiektywnie niemal wszędzie, ale przynajmniej niektóre fakty z reguły się zgadzają. Tutaj mam z reguły wrażenie, że nie zgadza się nic i w żadnym punkcie. A w dodatku ta cała niezgoda jest podstawą zajadłych kłótni, których znaczenia nie rozumiem zupełnie (kto był gdzie kiedy, kto był gdzie pierwszy, która nacja w którym miejscu zrobiła co - jakby cała Europa się w to bawiła, to byśmy wciąż byli w stanie wojny) - wiem, że upraszczam, ale często w codziennych rozmowach jest to właśnie tak upraszczane. Wiem też, że doświadczenie wojny może sprawić, że człowiek ma czarno-biały obraz świata, co pozwala mu nieco przetrwać absurd tego wszystkiego, dlatego z reguły siedzę cicho, ale nie wierzę nikomu.

Drugą sprawą jest fakt, że to subiektywne przedstawianie rzeczywistości odnosi się nie tylko do polityki i historii, ale też do życia codziennego. I tu moja naiwność sprawiła, że byłam mocno zagubiona w kwestii, co o kim myśleć, kiedy tu przyjechałam. Mieszkam na wsi i jest to dla mnie nowość, że wszyscy gadają o wszystkich, wszyscy wszystko wiedzą, ale poziom rozbieżności między tym, co słyszę od jednej osoby, i tym, co usłyszę od drugiej może wywołać zaburzenia psychiczne! Nie wiem, na ile to wszystko ma związek z wioskowością okolicy i jej dość mocnym zamknięciem, a ile z ogólną płynnością prawdy, ale wyraźnie zaburza mi to odbiór rzeczywistości.

Najlepiej to wszystko podsumował znajomy Szwajcar: "Oni kłócą się nie o opinie, a o fakty".

niedziela, 4 marca 2012

Z wizytą u wiosny w Albanii

Podczas gdy zima opuszcza Kosowo drobnymi kroczkami, jest tu jeden kraj, z którym graniczymy, i który z wiosną już się przywitał chyba na dobre. Tym krajem jest pełna uroku Albania, gdzie zagościliśmy na piękny wiosenny weekend, który umożliwił nam niesamowite naładowanie baterii słońcem i ciepłem. A przy okazji odwiedziliśmy wreszcie Albanię, którą do tej pory znałam jedynie przejazdem. I dużo traciłam, kraj ten urzekł mnie absolutnie od pierwszego wejrzenia, niesamowity miks tradycji z nowoczesnością, gdzie najnowszy model mercedesa jedzie obok stada kóz i nie daje rady ich wyprzedzić... Kraj gościnny i przepiękny, ale głównie rozczulający jakimś nieuchwytnym urokiem, który był wyraźnie wzmocniony przez niesamowicie wspaniałą pogodę. Także dosyć gadania i parę obrazków z naszej wizyty z kraju wiosny:











Wielu ludzi mówiło mi przed przyjazdem do Albanii, że autostop jest bardzo łatwy, ale wielu wymaga, żeby płacić. Zatem z informacji praktycznych powiem, że faktycznie po kraju jeździ nieprawdopodobna liczba minibusów i kombi, które zastępują transport publiczny i w związku z tym opłat wymagają, ale żaden właściciel prywatnego auta, ani tym bardziej kierowca ciężarówki nas ani o grosik nie spytał. Korzystaliśmy również z minibusów, bo to ciekawe przeżycie lokalne. Nie to, co u nas, gdzie ludzie w autobusach się przepychają i narzekają na siebie nawzajem, rozmowy, w które byliśmy wciągani, w milionie różnych języków, bo nikt w żadnym dobrze nie mówił, śmiechy i żarty, wszystko to sprawiało, że człowiek miał wrażenie, że nie wsiadł do autobusu, ale dołączył do jakiejś grupy ludzi jadącej na imprezę...

A w ramach różnicy pór roku w zależności od miejsca siedzenia na Bałkanach dwie fotki zrobione podczas powrotu w odstępie mniej więcej 50 kilometrów...


Można powiedzieć, że to tylko weekend i w sumie nie poznałam Albanii, ale ja to traktuję jako wstęp, bo po tym weekendzie jestem całkowicie urzeczona (a podobno Północ jest ta gorsza, brzydsza, a mnie i tak urzekła).

wtorek, 28 lutego 2012

Zimowa turystyka w Kosowie - Brezowica

Na weekend wybraliśmy się na szkolenie do Brezowicy, chyba najsłynniejszej górskiej miejscowości Kosowa, jeśli rozważamy sławę turystyczną, a nie zamieszkową. Oczywiście szkolenie było pretekstem, żeby spędzić przemiły weekend w górach, ale miało miejsce i nawet całkiem sporo sensu. O różnego rodzaju szkoleniach, które mamy okazję przeżyć w czasie wolontariatu jeszcze pewnie napiszę, bo to jest w ogóle osobny rozdział, szkolenie goni szkolenie, a unijne pieniądze lecą... Będę po tym roku przeszkolona że hej.

Tak czy siak dzięki temu weekendowi wybaczyłam nieco zimie, że w ogóle istnieje, bo przyznać muszę, że w Brezowicy śnieg był piękny, słońce raziło, widoki przecudne, a zimno i błoto wcale nie takie przejmujące jak tu na dole.

Co mnie trochę męczyło, to fakt, że jest to maksymalnie narciarska miejscowość, więc dla mnie, nienartującej istoty, nie do końca przyjazna, bo łatwiej o stok niż o przyjemną ścieżkę, żeby sobie pospacerować. Mam obiecaną wycieczkę z nauką jazdy, ale mi tu już obiecano tyle, że specjalnie do serca tego nie wzięłam, może kiedyś będę miała okazję włożyć narty na nogi, a może nie, zobaczymy...

Brezowica jednak spełnia swoją rolę w regionie - może nie jest jakoś specjalnie znana poza Bałkanami, ale w regionie powoli rozpowszechnia się wiedza, że w osławionym Kosowie można wyskoczyć nie tylko na barykady, ale także na narty.





czwartek, 23 lutego 2012

Językowo

Jako że usłyszałam od swojej nauczycielki, że jest dumna z mojego poziomu serbskiego, to pomyślałam, że warto wspomnieć o tym, jak tu wygląda w świecie języków. Stwierdzenie było mocno niesprawiedliwe, bo jako jedyna słowiańska dusza na zajęciach mam trochę łatwiej, końcówki przypadków mylę niemal za każdym razem, a przyimków używam zupełnie intuicyjnie (a moja intuicja często zawodzi), ale dogadać się dogadam.

W każdym razie języków w Kosowie jest od groma i jeszcze trochę, co jest o tyle zadziwiające, że to małe państewko liczy około 2 miliony mieszkańców. Ja mam głównie kontakt z trzema, dlatego też napiszę o tych trzech, bo różne inne mniejszościowe cuda i dialekty niestety wykraczają poza mój poziom przyswajania wiedzy.

SERBSKI

W sumie nie powinnam pisać o nim jako pierwszym, bo jest to jednak język mniejszości. Ale jako że mieszkam w serbskiej wiosce, to akurat ten język znam najlepiej. Jako i większość mieszkańców Kosowa, bo w czasach przedniepodległościowych był to język powszechnie obowiązujący wszędzie, zatem i większość kosowskich Albańczyków uczyła się go w szkole i musiała z niego korzystać. Wszyscy mi mówią, że dla mnie to pikuś nauczyć się serbskiego, skoro jestem z Polski, ale nie idealizujmy - jest to język słowiański, ale z innym akcentem i dużo twardszy niż nasz rodzimy... Dobra, marudzę, poziom komunikatywny jest łatwy do opanowania. Zasady gramatyczne też często się pokrywają, więc nie mam co narzekać. A podczas autostopowania jest przydatny, bo po chwili prób dogadania się po angielsku z albańskimi kierowcami przerzucamy się na serbski. Tak, przerzucamy się na serbski. Wbrew temu, co twierdzą moi znajomi Serbowie, Albańczyków wcale nie mierzi używanie serbskiego. Cóż, w końcu to oni wygrali wojnę...

ALBAŃSKI

Język zagadka. Nikt nie wie, o co w tym chodzi, ale jest to po prostu język indoeuropejski, co więcej, do jakiej rodziny, gdzie go przypisać, nikt nie wie. Z tego, co mówią ci, co próbują się tego cuda nauczyć, jest to jedna wielka nieregularność. Moje próby wymowy niektórych głosek budzą nieprzerwanie śmiech moich albańskich przyjaciół i ogólnie można w skrócie powiedzieć, że jest to język trudny. Co nie zmienia faktu, że jak się wybieram do Prisztiny to żałuję, że znam jedynie kilka słów, bo zawsze to budzi powszechną radość, kiedy próbuję mówić w jakimś języku... Cóż, nie mam z nim kontaktu na co dzień, moi znajomi Serbowie są nastawieni do języka albańskiego tak, że prędzej dadzą się pociąć niż zaczną się go uczyć...

ROMSKI

I tu zaczynają się schody. Bo to nie jest język, ale mnóstwo dialektów, które się trochę pokrywają, a trochę nie. W mojej wiosce mówimy głównie w dialekcie arlijskim, ale jest też sporo Romów z grupy Gurbeti. Ale już w wiosce 6 kilometrów dalej dominuje dialekt bugurdżeski. Wiem, jak to brzmi, ale tak jest... W dużym stopniu oni wszyscy rozumieją się nawzajem, ale nie zawsze... Co ciekawe wielu Romów jest trójjęzyczna, w serbskiej wiosce łatwiej spotkać Roma mówiącego po Albańsku niż Serba posługującego się tym językiem. Chciałabym, żeby moja ledwo-co znajomość romskiego się przydała, ale cóż, gdziekolwiek indziej pojadę, zetknę się z innym dialektem, więc niewiele mi da fakt, że pojęłam kilka słów tutaj...

To tak, z ciekawostek. Mogę jeszcze dodać, że jednym z narodowych języków Kosowa jest angielski, ze względu na liczebność sił międzynarodowych, które tu stacjonują, ale to wcale nie znaczy, że jest to język powszechnie znany... Wśród Albańczyków łatwiej dogadamy się po niemiecku, bo wielu z nich ma na swoim koncie kilka lat pracy w Niemczech lub w Szwajcarii...